Legia Warszawa - lata udręki, przerywane krótkimi okresami nieuzasadnionej nadziei
RSS
niedziela, 09 listopada 2014

Nie napisałem nic na blogu od 21 grudnia 2013 roku. Nie napisałem nic o zmianie właściciela, nic o walkowerze z Jagiellonią, nic o mistrzostwie, nic o farsie w eliminacjach Ligi Mistrzów, wreszcie nic o spektakularnej kampanii w Lidze Europy.

Nie napisałem nic o żadnym z wielkich meczów, ani nic o żadnej z dziwnych i sromotnych porażek, oczywiście nic o transferach, nic o żadnym z tysiąca mniej znaczących legijnych wydarzeń ostatniego roku. Nie napisałem nawet kolejnej edycji "Projektu Wielkiej Legii", choć tutaj - przyznam w tajemnicy - nawet zacząłem zbierać materiały.

Tyle niepisania... Napiszę więc o meczu bez znaczenia, rozegranym w absolutnie niekluczowym momencie sezonu, na stadionie u niewzbudzającego emocji przeciwnika, z zupełnie nieznaczącym bagażem historycznym (że Pogoń wygrała z Legią po raz pierwszy od kiedyśtam, a Murawski strzelił bramkę, choć już dawno nie strzelał - jutro o tym zapomnimy).

Legia przegrała pierwsza połowę, wygrała drugą, ale ponieważ przegrała bardziej niż wygrała, więc tabela się sprasowała do tego stopnia, że jeśli tak dalej pójdzie, to zamiast dzielić punkt na pół na koniec rundy zasadniczej, lepiej i przejrzyściej będzie po prostu zacząć wszystko od zera. Przyczyny porażki są widoczne jak na dłoni: błąd Kuciaka, błąd Astiza, dziura wielkości Szwocha w ataku, co więcej pisać?

Tymczasem...

Henning Berg mówi, że to jeden z najlepszych meczów w sezonie. Bogusław Leśnodorski na twitterze krzczy (trzy wykrzykniki!!!), że taką Legię chciałby oglądać zawsze, wtóruje mu armia kibiców, komentatorzy Canalu zachrypnięci od zachwytów nad Dudą i Jodłowcem. Nawet Weszło pisze po meczu, że "kibice Legii, mimo porażki, nie powinni mieć pretensji do zawodników".

W zasadzie brakuje jedynie fety na Starówce.

Tymczasem wynik, z której strony nie patrzeć, taki sam: 1-2.

Na potrzeby wywodu odłóżmy na chwilę na bok Ligę Europy. Tam wiadomo - jest doskonale, ważąc Legię wrzucamy to na szalę plusów, nawet się nad tym nie zastanawiając. Ja natomiast zrobię to, w czym mam doświadczenie i w czym jestem dobry: wyliczę Wam, co położyć z drugiej strony:

1) Cztery porażki Legii nie były jedynie porażkami, każdą z nich momentami odczuwałem jako torturę. Z GKS-em Ślusarski strzelił gola, gdy cała obrona rozgrywała partyjkę remika. Bramki dla Podbeskidzia opinia publiczna przypisała Kuciakowi, gdy tymczasem pierwsza padła po kiksie Vrdoljaka, przy drugiej Korzymowi asystował Rzeźniczak. Gole dla Piasta zapewniają pojedycznymi zagraniami Lewczuk i Kuciak (dwa razy). Wreszcie z Pogonią najpierw zawala Kuciak, potem Astiz.

To nie jest dużo błędów indywidualnych, to jest błędów indywidualnych pułk, drugi można by wystawić z meczów zremisowanych i wygranych, razem dadzą jeśli nie armię, to dywizję na pewno.

2) To już drugi półmetek ligi, która ma dwa półmetki, w tym ten jeden zakończony podziałem punktów. Rok temu po 15 meczach bramek strzelonych było więcej, punktów więcej, bramek straconych tyle samo.

3) Najgroźniejszy rywal do tytułu - Lech - sześć punktów za plecami. Czyli trzy. Przy czym rewanż gramy w Poznaniu.

Legia nad resztą ligi ma gigantyczną przewagę biznesową. Rywale płaczą nie nad jej ogromem, ale nad tempem jej powiększania. Znowu - odłóżmy to na szalę plusów.

Ale co z wymiarem sportowym? Co z wynikami? W lidze jest niemal dokładnie tak samo, jak rok temu. W Europie - przyznają to piłkarze, a ja jestem gotów się z nimi zgodzić - procentuje doświadczenie, czyli coś, co z definicji z czasem przychodzi samo. Młodzi wchodzą do składu, ale go nie podbijają, na razie żaden z nich nie zrobił takiego postępu, ani takiej różnicy jak Furman czy Łukasik. Rozkwitają Żyro i Kucharczyk, spuścili z tonu Kuciak i Kosecki. O tym co się dzieje w rezerwach nie wspominam, bo na samą myśl mi się robi przykro.

Legia Urbana zdobywała 2,15 punktu na mecz (bramki: 2,01), Legia Berga - 2,16 (2,00). Uderzające, prawda? To gdzie ten postęp?

Zanim przejdę do wniosków (uprzedzam, będzie optymistycznie!), jeszcze tylko zapytam: co by zrobił Urban w Europie, gdyby miał w składzie takie zjawisko, jak Duda?

Oglądając mecz z Pogonią miałem wrażenie, że największym problemem Legii jest przełożenie przewagi w środku pola, na przewagę w okolicach pola karnego przeciwnika. Zresztą z meczu na mecz ta dominacja w 30-60 metrów od bramki jest coraz bardziej wyraźna. Jednak liczba strzelonych bramek nie rośnie.

Gdy spojrzymy na klub z lotu ptaka mechanizm wygląda podobnie: biznesowo nikt nie wytrzymuje tempa Legii, mistrz Polski tylko przyśpiesza, gdy reszta próbuje trzymać tempo, bardzo często bezskutecznie. Ale w lidze - w tej pilkarskiej harówce dnia codziennego - tego postępu nie widać. Przewaga jest jaka jest, ale nie rośnie. Najsilniejsze dziecko w całej piaskownicy, zadowolone, że wygrywa większość pojedynków o foremki i łopatki, że dzięki temu buduje zamki odrobinę większe niż inne dzieci. Nie widzi, że na piaskownicę jest już trochę za duże. I że czas na nowe wyzwania.
 
Nie wiem, czy dominacja Legii w środku pola zacznie się w końcu regularnie przekładać na dominację pod bramkami przeciwników. Na razie w przejściu od pomocy do ataku drużyna z Łazienkowskiej traci zbyt dużo mocy. Ale zdziwię się bardzo, jeśli dominacja biznesowa nie zacznie się w końcu przekładać na dominację sportową. Był czas, gdy Wisła wykaszała całą ligę równo z trawą, był czas, gdy Lech był tego stosunkowo bliski. Ale żaden z tych klubów nie zbudował takiego zaplecza, jakie ma teraz Legia. Dlatego oba w końcu spadły z piedestału (Lech znacznie szybciej). Legia - oceniam na zimno - ma ogromne szanse, żeby na szczycie pozostać na dłużej.

Oczywiście nie ma takiej szansy, której polski klub nie byłby w stanie spieprzyć. Tym bardziej zalecam czujność i umiar w zachwytach. 1-2 z Pogonią to porażka, a nie "jeden z najlepszych meczów w sezonie". Ja chcę oglądać inną Legię. Taką, która potwierdza swoją jakość nie w 45 minutach, gdy trzeba gonić od 0-2, ale w za każdym razem, w 30 meczach w sezonie.

Czyli we wszystkich, bo ten pomysł z 37 meczami i podziałem punktów wciąż wydaje mi się strasznie durny.

PS: blog zmarniał przez rok, ale za to rozkwitł Twitter.

sobota, 21 grudnia 2013

1. Każda ogólnopolska afera genderowo-niepodległościowa ma między innymi i tę zaletę, że pozwala namierzyć, a następnie wywalić ze znajomych na facebooku, wszystkich, którzy na wywalenie zasługują. Bo gdy wszyscy na raz się wypowiadają i komentują, wtedy wreszcie wiadomo, kto jest kim i z czym w gości przyszedł.

Zatrudnienie Berga w Legii uruchamia podobny mechanizm w odniesieniu do ekspertów piłkarskich - dzięki temu wiemy, którzy z nich trzymają się faktów, a którzy są niewartymi uwagi fantastami i hochsztaplerami. Do tej drugiej grupy zaliczam wszystkich, którzy twierdzą, że kontrakt z Norwegiem to dobry pomysł, a także wszystkich, którzy uważają, że to pomysł zły. Bo nikt, powtarzam - NIKT nie wie, jaki naprawdę jest to pomysł. Czas pokaże.

Dobrze jest więc trzymać się faktów, a fakty są takie, że Legia wymieniła trenera, który zdobył mistrzostwo i Puchar Polski, a w lidze prowadzi z wyraźną, choć nie ogromną przewagą, na skauta z Norwich City.

I ja nie mówię, że to źle. Może tercet Leśnodorski-Mazurek-Żewłakow dostrzegł w Bergu coś, co rozkwitnie pięknie na Łazienkowskiej kwiatem krajowej potęgi, a zaowocuje słodyczą europejskiej solidności. Na razie jednak wiemy, ile wiemy - że do Europy ma wprowadzić Legię trener bez specjalnego doświadczenia, który - w trenerskiej roli - puchary oglądał z bardzo daleka, głównie w telewizorze.

Jose Maria Bakero, którego duch wciąż unosi się nad Bułgarską, też robił podobno świetne wrażenie w osobistych kontaktach, a jego wizja na papierze, tablicy i w debatach z prezesami, była bardzo przekonująca.

Proszę mi nie zarzucać jednak, że nie daję Bergowi szansy. Owszem daję, tak samo jak daję szansę mojemu kuponowi w totolotka i jaram się jak dziecko, gdy wejdzie mi chociaż nędzna czwórka. Inna sprawa z kredytem zaufania - zarówno w wypadku trenera, jak i kuponu nie ma mowy o zaufaniu, bo niby na jakich podstawach miałbym je oprzeć?

2. Nie wiem, czy czytam wszystko, co w Polsce pisze się o Legii, ale myślę, że większość. Uderzające jest to, że nigdzie nikt nie broni Jana Urbana, nikt nie mówi "trzeba pozwolić kontynuować", nikt nie załamuje rąk, że trener nie dostał więcej czasu. O Bergu, o którym nie wiemy nic, wypowiadają się wszyscy, o Urbanie, którego znamy od lat - cisza.

I to nawet zrozumiałe - bo co tu powiedzieć? Widzieliśmy wszyscy, że warszawska drużyna ma kłopoty z osiągnięciem "the next level", a w kwestii perspektyw na taki skok pod wodzą Urbana oceny rozpościerały się między "nie ma żadnych szans", a "no, być może, nie wiem".

Zgrzytać musiało w Legii na poziomie strukturalnym, skoro poszukiwania trenera rozpoczęły się już w zeszłym sezonie - nie chodzi chyba ten czy inny mecz, plagę kontuzji, chyba nawet nie o klęskę w Europie, ani o brak wyraźnego progresu, ale raczej o konflikt wizji.

Choć konflikt to złe słowo. Gdy do klubu wchodzi taka potężna (potęgą autorytetu i siły osobowości) wizja, jak ta prezesa Leśnodorskiego, to odpowiedzieć na nią trzeba, gdy chce się zajmować kierowniczy, trenerski stołek, wizją równie potężną. I zaprezentować ją - w gabinetach, na ławce, na treningach, w wypowiedziach dla mediów, w relacjach z resztą klubowej ekipy.

Leśnodorskimu marzy się Wielka Legia. A co marzyło się Urbanowi? Ja nie wiem. Jaki miałby być według Urbana ten "next level"? Również nie wiem. Przy całym ogromnym szacunku, jaki mam dla niego, coraz trudniej w ostatnich miesiącach zwalczałem w sobie rozczarowanie. Że jest jak jest. Że może będzie lepiej, ale niewiele. Że nie mam na czym budować nadziei.

Jeśli jednak rzeczywiście jest tak - a jestem skłonny się do tego zdania przychylić - że Legia wybrała najelepszy moment na zmianę trenera, to nie zapominajmy, że do tego momentu, gdy aktualny mistrz Polski udaje się na zimowe leża przodując w tabeli, doprowadził Legię właśnie Jan Urban.

I jeśli nowemu trenerowi uda się na tym fundamencie coś zbudować, to tylko dlatego, że ktoś ten fundament wcześniej zbudował.

Ktoś. Jan Urban. Mistrz Polski 2013.

Marek zostaw, Sokół bij: FACEBOOK - TWITTER.

wtorek, 17 grudnia 2013

Pierwszy poważny komentarz ekstraklasowy we w miarę poważnej gazecie napisałem w 2001 roku, gdy pierwszy raz oglądałem reformę ligi z dzieleniem tabeli i zdobytych punktów na pół. Od tamtej pory zdania nie zmieniłem. Taka organizacja rozgrywek jest głupia i nic ciekawego do polskiego futbolu nie wnosi.

Uważam też (podobnie, jak 12 lat temu), że system jest niesprawiedliwy, promujący słabość zamiast mocy i przeciętność zamiast wybitności. Wynika to z prostego rachunku - po podzieleniu punktów na pół, te drużyny które grały lepiej przez cały sezon "zasadniczy" stracą przy podziale więcej punktów, niż drużyny słabsze.

Wyobraźmy sobie, że do podziału miałoby dojść dziś. Liderującej Legii z 43 punktów zostałoby 22 (-21), wicelider z Zabrza zamiast 38 punktów, miałby 19 (-19). Zamykająca "grupę mistrzowską" Jagiellonia spadłaby z 29 punktów na 15 (-14). Wynikająca z reformy "kara" dla Legii jest o 50% wyższa, niż dla "Pszczółki" (rzadko piszę na blogu o drużynie z Białegostoku, więc nie mogę nie wykorzystać okazji, żeby napisać "Pszczółka". O, znowu to zrobiłem).

Im, kto więcej zdobył punktów, tym więcej mu zabierzemy. To się może sprawdzać przy podatkach, ale w rozgrywkach sportowych wypacza całą ideę. To tak, jakby w maratonie prowadzącemu w połowie trasy kazać zaczekać chwilę na tych, którzy gonią. Bo za bardzo im uciekł.

niedziela, 10 listopada 2013

Uwaga: notka składa się z krótkiego wstępu, merytorycznego rozwinięcia i długiego zakończenia podsumowującego.

WSTĘP

Skaba i Dwaliszwili, Dwaliszwili i Skaba (i Ojamaa czasem też) - zawodnicy, którym w tym sezonie w Legii najwięcej obrywa się od kibiców i dziennikarzy. Jeśli chodzi o Skabę, to wiadomo - niech miarą jego beznadziejności będzie to, że spodziewałem się po nim niewiele dobrego, a i tak jestem rozczarowany. Ale z Gruzinem sprawa jest bardziej skomplikowana.
Czaję się na ten tekst już od kilku tygodni i tylko słabość nowej ekstraklasa.tv zniechęcała mnie do poszukiwań odpowiedzi na pytanie, ile rzeczywiście Gruzin daje drużynie?

Przejdźmy do faktów.

ROZWINIĘCIE

Pogoń - Legia 0:3

Przy bramce na 0:2 Dwaliszwili stoi w polu karnym, ale gdy Żyro szuka sobie pozycji do podania, Gruzin wybiega z szesnastki, pociągając za sobą Gollę. Dokładnie w to miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał stoper, Żyro zagrywa piłkę, która trafia do Radovicia, a ten na raty zdobywa bramkę. Podanie wygląda bosko, ale miejsce zrobiło się dzięki grze bez piłki Dwaliszwilego.

Bramkę na 0:3 strzela już sam Dostawiaczwili.

Legia - Podbeskidzie 4:0

Gol Gruzina na 4:0 z karnego tuż po wejściu na boisko.

Korona - Legia 3:5

Wiadomo, hat-trick. Ale są jeszcze dwa gole - przy pierwszym (Radovicia) dwóch obrońców kryje Gruzina, Sylwestrzak wręcz na nim wisi. Serb strzela niepilnowany.

Legia - Piast 4:1

Tym razem dwa gole. Do hat-tricka zabrakło niewiele, a to dlatego, że w 60 minucie po świetnym podaniu od Vrdoljaka Gruzin trafia w słupek. Piłka spada pod nogi Pinto, ten z dwóch metrów wyprowadza Legię na 2:1.

Lech - Legia 1:1

Prowadzenie na krótko daje Legii Jodłowiec, asystuje mu... Trałka, który tak niefortunnie przecina dośrodkowanie z rzutu wolnego, że piłka trafia do legionisty. Legii znacząco przysłużyli się w tej akcji także Rzeźniczak z Dwaliszwilim, którzy we dwóch zmusili Trałę do błędu.

Legia - Zagłębie 2:0

Gol i asysta. Dziękuję, do widzenia.

ZAKOŃCZENIE

Gruzin zagrał w ekstraklasie w 12 meczach, 9 razy przez 90 minut. Strzelił 8 bramek (w tym w dwóch z trzech meczów, w których wchodził z ławki), zaliczył 2 asysty. Dodatkowo jego gra bez piłki miała kluczowe znaczenie przy trzech kolejnych golach.

Razem 13 trafień, które idą na jego konto. To ponad 1 bramka na mecz. Co więcej - to blisko 70% bramek, które Legia strzeliła, gdy Dwaliszwili był na boisku! Bardzo ogólnie i tylko w ramach ciekawostki licząc, przekłada się to na mniej więcej 9 punktów w tabeli.

Albo jeszcze inaczej. Z czołowych strzelców ligi: Dwaliszwili - bramka co 109 minut, Teodorczyk - co 131, Paixao - co 136, Brożek i Nakoulma - co 158, Zachara - co 161, Visnakovs - co 169, Nowak - co 177.

Jasne, napastnika trzeba rozliczać nie tylko z tego, co strzelił, ale także - może przede wszystkim - z tego, czego nie strzelił. Ale wiecie - mowa tu o drużynie, która jest na pierwszym miejscu i strzeliła najwięcej bramek w lidze. A strzeliła ich tyle w dużej mierze właśnie dzięki Gruzinowi.

Jego niedokładne zagrania, czasem podejrzana nieporadność, przedłużające się momenty, w których wydaje się, że wręcz go nie ma na boisku - to wszystko tylko część obrazu. Bo druga część to nieustanne nękanie obrońców, walka z nimi bark w bark (a barki Dwaliszwili ma potężne), zamęczanie rywali ciągłym przemieszczaniem się, wreszcie koncentrowanie na sobie uwagi na tyle, że kolego z drużyny miejsca wystarcza aż nadto.

Że w Europie Gruzinowi nie idzie? Nikomu z Legii nie idzie. Za to w lidze, w której - przypomnę - Legia prowadzi, to właśnie Dwaliszwili decyduje o grze drużyny. Nie powiem, że ją ciągnie, ale ktoś, kto by taką tezę postawił, znalazłby na jej poparcie co najmniej solidną garść argumentów.

Pewnie mógłby lepiej i bardziej. Ale mam nadzieję, że już rozumiecie, dlaczego w rankingu na Najsłabsze Ogniwo Legii Dwaliszwili wcale nie jest w czołówce.

Doceńcie Gruzina. Naprawdę zasługuje na więcej uznania, niż się na pierwszy rzut oka wydaje.

PS: Znajdziecie mnie także na FACEBOOKU i TWITTERZE.

niedziela, 29 września 2013

Bloger, który regularnie dissuje jednego zawodnika łatwo może wpaść w pułapkę, gdy tenże zawodnik nagle zacznie grać dobrze, strzeli gola albo dwa, asystuje i w ogóle zostaje bohaterem meczu. Spodziewać się wtedy należy licznych wezwań do odszczekiwania, różnego rodzaju "i co teraz powiesz, cwaniaczku?", a także wyzywania od "ekspertów", koniecznie w cudzysłowie. Wiem to dobrze, bo swego czasu regularnie nadawałem na Rzeźniczaka, a potem na Jędrzejczyka, obaj wyszli na ludzi i dziś mi głupio.

W ogóle życie blogera jest trudne.

Ale bloger też się uczy i wie kiedy panikować, a kiedy nie. Zatem w ogóle nie wzruszył mnie świetny mecz Żyry w Białymstoku, bo znam tego uskrzydlonego skrzydłowego nie od dziś i wiedziałem, że nie zagra dwóch dobrych spotkań z rzędu, ponieważ jego DNA jest zbudowane zarówno z zasad azotowych, jak i z samozadowolenia. Więcej nawet - przekonany byłem, że ze Śląskiem Żyro zagra słabo, uspokojony i rozpuszczony skalą własnego talentu, która rozkwitła kilka dni wcześniej. Do głowy mu nie przyjdzie, że talentem można rozbłysnąć w jednym meczu na dziesięć, w pozostałych dziewięciu trzeba trzymać poziom zaangażowaniem i pracą, które włożone w każde pojedyńcze zagranie dopiero dadzą jakość na miarę oczekiwań.

Ale ja w ogóle nie o tym chciałem.

26 bramek w 10 meczach.

Z Widzewem: dwie asysty Brzyskiego.

Z Podbeskidziem: gol i asysta Pinto, gol Ojamay, karny po faulu na Broziu, gol Dwaliszwilego.

Z Cracovią: asysta Ojamay.

Z Koroną: dwie asysty Brzyskiego, asysta Ojamay, trzy gole Dwaliszwilego.

Z Górnikiem: karny po faulu na Ojamie, gol Jodłowca.

Z Jagiellonią: asysta Pinto.

Ze Śląskiem: asysta Brzyskiego, asysta duetu Brzyski/Jodłowiec, gol Jodłowca.

Wszyscy piłkarze, którzy pojawili się w powyższym zestawieniu, przyszli do Legii po odejściu Marka Jóźwiaka. Już udowadniałem, że to zimowy zaciąg przyniósł Legii mistrzostwo, teraz w nowym sezonie zaciąg pojóźwiakowy miał udział w 16 z 26 bramek.

A piszę o tym dlatego, że nie mogę przestać myśleć, gdzie byłaby teraz Legia, gdyby nie jej były dyrektor sportowy...

PS: Blog się ledwo tli, ale Facebook tętni życiem.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 40
| < Kwiecień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30