Legia Warszawa - lata udręki, przerywane krótkimi okresami nieuzasadnionej nadziei
RSS
wtorek, 04 maja 2010

Wróciłem do domu późno, a to dlatego, że tłumaczyłem koledze, czym jest Legia Warszawa. To dobry moment, żeby zacząć bloga, który chodzi mi po głowie od dawna - siedem tysięcy osiemdziesiątego trzeciego bloga o tym klubie, któremu kibicowanie to pasmo rozczarowań i frustracji, z rzadka przerywane krótkimi okresami nieuzasadnionej nadziei.

Dobry moment? Dobre sobie! Zachodzi podejrzenie, że kończymy powoli najgorszy sezon od 1992 roku, gdy rok po półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów Legia zajęła w lidze dziesiąte miejsce. Kontrkandydatami do tytułu "Sezon Bólu" w tym latach są tylko sezony 97/98 (nominowany za 5. miejsce, oraz klasyczny hattrick, czyli 0:3 z Amicą, 0:3 z Lechem, 0:3 z ŁKS) i 02/03 (nominowany wprawdzie za premiowane dłuższymi wakacjami - bo bez pucharów - miejsce 4., ale za to zdobyte w roku po mistrzostwie).

Z tym, że ból zębów, gdy siedzę na stadionie, w tym sezonie jest największy.

Tu jednak trzeba zaznaczyć - to właśnie próbowałem tłumaczyć koledze, gdy spóźniałem się najpierw na kolację, a potem na śniadanie - że przez te bez mała dwie dekady sezony bólu Legii to sezony miejsc 4-5. W tym czasie występy w niższych ligach zaliczały wszystkie pozostałe kluby z pierwszej dziesiątki ekstraklasowej tabeli wszech czasów, a także wszyscy pozostali - bez żartów - mistrzowie Polski tego okresu.

Czy to, że Legia jest jedynym mistrzem ostatnich 19 lat*, który nie dość, że przez te 19 lat nie spadł z ligi, to jeszcze zaledwie raz wypadł poza pierwszą piątkę, czyni ją wyjatkową? W żadnym razie. Ale czyni wyjątkową sytuację kibica, który nie ma pojęcia, co to walka o utrzymanie, rozpacz czasu spadkowego, banicja w drugoligowych zaświatach, czy świętowanie powrotu do ekstraklasy. Taki kibic nawet pojęcia "bezpieczny ligowy byt" nie bardzo rozumie. Taki kibic cierpi po każdym remisie, o porażce z Odrą Wodzisław nie wspominając. Każde 0:2 u siebie to dla niego mały koniec świata, a po trzech porażkach z rzędu wypatruje bestii, której imię 666, bo w zasadzie poza apokalipsą niczego więcej się nie spodziewa.

Podejrzewam, że tabela ekstraklasy na dzień 4 maja 2010 kłamie. Wprawdzie widać w niej, że Wisła, Lech i Ruch są od Legii piłkarsko lepsze, ale nie pokazuje o ile. Na dodatek przypadkowy obserwator mógłby wywnioskować, że GKS Bełchatów jest od Legii słabszy, a to dyskusyjna teza. Ale jest coś niesamowitego w tym, że klub, który gra tak boleśnie słabo, jak Legia w tym sezonie, dopiero przed chwilą przestał się liczyć w walce o mistrzostwo.

To jeden z powodów, dla których pakuję się w legijnego bloga, choć wiem, że będę żałował. Jest też kilka innych, a wśród nich między innymi:

- nawiedzająca mnie co jakiś czas potrzeba, żeby napisać coś o Kubie Rzeźniczaku.

- inna nawiedzająca mnie potrzeba - założenia Stowarzyszenia Dziennikarzy na Rzecz Nieproszenia Sebastiana Szałachowskiego o wywiady pomeczowe.

- nowy stadion. Rzeczywiście wygląda elegancko.

- fakt, że runda wiosenna tego jakże fantastycznego sezonu prawdopodobnie będzie pierwszą, w której z trybun obejrzę wszystkie mecze Legii u siebie.

- a także zaliczę jeden wyjazd. No, może nie wyjazd, a raczej wyjście, bo na Konwiktorską. Ale zawsze.

- opinia wpływowych ludzi, że jest w prowadzeniu bloga o Legii jakiś potencjał. Cóż, zobaczymy.

*to może dziwna próbka czasowa, ale chcę w ten sposób zaznaczyć, że przygodę... nie, raczej udrękę... tak, udrękę z Legią zacząłem od meczów z Sampdorią. To pierwsze mecze (nie Legii - w ogóle!), o których rozmawiałem z kolegami w szkole następnego dnia.

1 ... 36 , 37 , 38 , 39 , 40
 
| < Styczeń 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31