Legia Warszawa - lata udręki, przerywane krótkimi okresami nieuzasadnionej nadziei
RSS
wtorek, 04 maja 2010

Z punktu widzenia Legii należy poważnie rozważyć, czy nie byłoby lepiej sobotni mecz z Wisłą przegrać. Z co najmniej dwóch powodów.

Pierwszy wiąże się z Lechem. I nie chodzi tu wcale o to, że nie życzę Poznaniowi mistrzostwa z zawiści. Tu chodzi o strategiczne planowanie wieloletnie.

Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że w Polsce od kilkunastu lat toczy się wyścig o dominację. Celem tej gry jest zajęcie na dłużej pozycji lokalnego hegemona, takiego polskiego Celticu, ale bez Rangersów, albo polskiego Rosenborga, ale przy nieco wyższych temperaturach. Taki hegemon raz za razem wygrywałby ligę bez większego wysiłku, zajmując się nią głównie w przerwach między poważną walką w europejskich pucharach. Pojdeynek o wicemistrzostwo ekstraklasy byłby co roku bardzo emocjonujący.

Ponieważ właścicieli klubów i piłkarzy mamy w tym kraju, jakich mamy, to na razie nikomu tego statusu osiągnąć się nie udało. Wisła była blisko, ale dzięki determinacji w pojedynkach z Valerengą, czy Levadią udało jej się przed prawdziwą wielkością ujść z ligowym życiem.

Nie udało się - co nie znaczy, że się nie uda. W tej chwili najbliżej wielkości jest Lech. Mistrzostwo Polski byłoby dla niego dużm krokiem w słusznym kierunku, a awans do Ligi Mistrzów - mistrza polski czeka ponownie droga levadyjska, czyli słabiak w drugiej rundzie eliminacji i nic lepszego od Anderlechtu w trzeciej - jeszcze większym. Historia uczy, że nie ma takiego sukcesu, którego polski klub piłkarski nie jest w stanie roztrwonić, ale Lechowi będzie trudno ligomistrzowe doświadczenia i pieniądze zmarnować - zbyt rozsądni ludzie kręcą się dookoła tego klubu. Do hegemonii będzie mu brakować naprawdę niewiele.

Legii też marzy się taka dominacja (Wiśle już chyba nie), ale jest od niej równie daleko, jak od mistrzostwa Polski 2010. W ciągu 10 lat - może, ale czająca się za rogiem "Dekada Lecha" sprawy nie ułatwi. Dlatego właśnie z punktu widzenia Legii najlepsza na razie jest strategia powstrzymywania, zwana też psoogrodnictwem - wprawdzie my nie potrafimy, ale wam też nie damy... Wygrana z Wisłą jak wiele wygranych z Wisłą w ostatnich latach Legii nic nie da, a zaszkodzić może.

Tyle, jeśli chodzi o punkt widzenia Legii. Ja sobie nie życzę ani dominacji Lecha, ani Legii, ani nikogo innego - ja chcę trzech mocnych klubów (w tym Legii), które co roku zapewniają emocje w mistrzowskim pojedynku, do którego włącza się czasem klub czwarty, lub nawet - rozpusta! - piąty. Niektórzy powiedzą, że coś takiego mamy teraz, ale oni nie zwrócili uwagi na słowo "mocnych" w poprzednim zdaniu, lub odczytali je jako "przygnębiająych".

Drugi z powodów, dla których warto rozważyć korzyści z porażki Legii w sobotę jest jeszcze isotniejszy. Jeśli Legia wygra, to ktoś we władzach klubu może sobie pomyśleć, że dwumecz z Lechem wygrany, dwumecz z Wisłą wygrany, dwumecz z Ruchem wygrany, to nie był taki zły sezon...

Wróciłem do domu późno, a to dlatego, że tłumaczyłem koledze, czym jest Legia Warszawa. To dobry moment, żeby zacząć bloga, który chodzi mi po głowie od dawna - siedem tysięcy osiemdziesiątego trzeciego bloga o tym klubie, któremu kibicowanie to pasmo rozczarowań i frustracji, z rzadka przerywane krótkimi okresami nieuzasadnionej nadziei.

Dobry moment? Dobre sobie! Zachodzi podejrzenie, że kończymy powoli najgorszy sezon od 1992 roku, gdy rok po półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów Legia zajęła w lidze dziesiąte miejsce. Kontrkandydatami do tytułu "Sezon Bólu" w tym latach są tylko sezony 97/98 (nominowany za 5. miejsce, oraz klasyczny hattrick, czyli 0:3 z Amicą, 0:3 z Lechem, 0:3 z ŁKS) i 02/03 (nominowany wprawdzie za premiowane dłuższymi wakacjami - bo bez pucharów - miejsce 4., ale za to zdobyte w roku po mistrzostwie).

Z tym, że ból zębów, gdy siedzę na stadionie, w tym sezonie jest największy.

Tu jednak trzeba zaznaczyć - to właśnie próbowałem tłumaczyć koledze, gdy spóźniałem się najpierw na kolację, a potem na śniadanie - że przez te bez mała dwie dekady sezony bólu Legii to sezony miejsc 4-5. W tym czasie występy w niższych ligach zaliczały wszystkie pozostałe kluby z pierwszej dziesiątki ekstraklasowej tabeli wszech czasów, a także wszyscy pozostali - bez żartów - mistrzowie Polski tego okresu.

Czy to, że Legia jest jedynym mistrzem ostatnich 19 lat*, który nie dość, że przez te 19 lat nie spadł z ligi, to jeszcze zaledwie raz wypadł poza pierwszą piątkę, czyni ją wyjatkową? W żadnym razie. Ale czyni wyjątkową sytuację kibica, który nie ma pojęcia, co to walka o utrzymanie, rozpacz czasu spadkowego, banicja w drugoligowych zaświatach, czy świętowanie powrotu do ekstraklasy. Taki kibic nawet pojęcia "bezpieczny ligowy byt" nie bardzo rozumie. Taki kibic cierpi po każdym remisie, o porażce z Odrą Wodzisław nie wspominając. Każde 0:2 u siebie to dla niego mały koniec świata, a po trzech porażkach z rzędu wypatruje bestii, której imię 666, bo w zasadzie poza apokalipsą niczego więcej się nie spodziewa.

Podejrzewam, że tabela ekstraklasy na dzień 4 maja 2010 kłamie. Wprawdzie widać w niej, że Wisła, Lech i Ruch są od Legii piłkarsko lepsze, ale nie pokazuje o ile. Na dodatek przypadkowy obserwator mógłby wywnioskować, że GKS Bełchatów jest od Legii słabszy, a to dyskusyjna teza. Ale jest coś niesamowitego w tym, że klub, który gra tak boleśnie słabo, jak Legia w tym sezonie, dopiero przed chwilą przestał się liczyć w walce o mistrzostwo.

To jeden z powodów, dla których pakuję się w legijnego bloga, choć wiem, że będę żałował. Jest też kilka innych, a wśród nich między innymi:

- nawiedzająca mnie co jakiś czas potrzeba, żeby napisać coś o Kubie Rzeźniczaku.

- inna nawiedzająca mnie potrzeba - założenia Stowarzyszenia Dziennikarzy na Rzecz Nieproszenia Sebastiana Szałachowskiego o wywiady pomeczowe.

- nowy stadion. Rzeczywiście wygląda elegancko.

- fakt, że runda wiosenna tego jakże fantastycznego sezonu prawdopodobnie będzie pierwszą, w której z trybun obejrzę wszystkie mecze Legii u siebie.

- a także zaliczę jeden wyjazd. No, może nie wyjazd, a raczej wyjście, bo na Konwiktorską. Ale zawsze.

- opinia wpływowych ludzi, że jest w prowadzeniu bloga o Legii jakiś potencjał. Cóż, zobaczymy.

*to może dziwna próbka czasowa, ale chcę w ten sposób zaznaczyć, że przygodę... nie, raczej udrękę... tak, udrękę z Legią zacząłem od meczów z Sampdorią. To pierwsze mecze (nie Legii - w ogóle!), o których rozmawiałem z kolegami w szkole następnego dnia.

1 ... 36 , 37 , 38 , 39 , 40
 
| < Kwiecień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30